Edu.StockWatch.pl - https://edu.stockwatch.pl
Mar 04 2019

Akcje

Mentalne pułapki inwestora, czyli jak twój mózg stara się, abyś tracił pieniądze

Giełda to miejsce, gdzie na inwestora czeka cała masa niebezpieczeństw, a najmniejsze potknięcie słono kosztuje. Paradoksalnie największym zagrożeniem dla naszego kapitału potrafimy być my sami.

Księgowanie mentalne

Koncepcja księgowania mentalnego (nazywana również umysłowego) powstała w latach 80. XX wieku. Jej twórcą jest amerykański ekonomista Richard Thaler. Autor teorii zauważył, że podobnie do zwykłego księgowania finansowego, jakie jest prowadzone jest w każdym przedsiębiorstwie, również w umyśle człowieka informacje o dochodach i wydatkach są przypisywane do osobnych „kont mentalnych”, co powoduje, że ludzie unikają ich wymiennego traktowania. Mentalna rejestracja przychodów i wydatków potrafi prowadzić do zaskakujących wyborów. Przykładowo pieniądze otrzymane nieoczekiwanie (spadek. wygrana na loterii etc.) wydajemy znacznie łatwiej, niż te zdobyte ciężką pracą. Co więcej, dochody zdobyte w sposób nieuczciwy dla większości osób wiążą się z dyskomfortem psychicznym. Tak więc te same pieniądze ludzka psychika wartościuje w zależności od sposobu ich zdobycia.

Zyski, które pojawiają się z inwestycji wprawiają w lepszy nastrój, samozadowolenie, a nawet podbudowują ego. Do tego mamy tendencję do rozdzielania zysków. Nagła seria wygranych w grze losowej, czy kilka z rzędu udanych transakcji zmienia postrzeganie otoczenia przez inwestora. Można to nazwać „syndromem Boga”, czy też zwyczajnie nadmierną pewnością siebie, spowodowaną wyrzutem endorfin po nieoczekiwanym sukcesie. Zarobione w szybki sposób pieniądze znacznie chętniej też ryzykujemy. Szczególnie dotkliwie odczuwają brak kontroli nad ryzykiem traderzy posługujący się wysokimi dźwigniami, gdzie po serii zysków przychodzi jedna wielka strata zerująca rachunek.

Strata boli znacznie bardziej

Jedną z podstawowych charakterystyk mentalnego wartościowania rozmaitych transakcji finansowych jest to, że bardzo mocno oddzielamy zyski od strat. Mechanizm odczuwania zysku i straty ilustruje poniższy wykres, stworzony na bazie teorii perspektywy autorstwa dwóch amerykańskich psychologów: Amosa Tverskiego i Daniela Kahnemana. Zgodnie z tą teorią, ludzie oceniając dowolną transakcję przyjmują zawsze jakiś punkt odniesienia, względem którego dokonują własnych ocen. To właśnie punkt odniesienia sprawia, czy coś jest przez nas odbierane, jako zysk czy jako strata.

Wykres odczuwania straty i zysku przez inwestora. Źródło: Tyszka, T. Księgowanie mentalne. Wiedza i Życie

>> Szukasz okazji inwestycyjnych na GPW? Skorzystaj z subskrypcji Portfela StockWatch.pl: Cztery Fazy Rynku

Ludzka psychika zazwyczaj nie znosi strat. Jest to mechanizm obronny, mający na celu w długim terminie ochronę naszych zasobów. Niestety, straty są elementarną częścią procesu inwestowania na rynkach i jeśli ktoś ich jeszcze dotąd nie odniósł, to w przyszłości i tak będzie musiał odrobić tę lekcję. Czarna seria stratnych pozycji potrafi pogorszyć samopoczucie, ocenę własnych umiejętności, a nawet zmienić na negatywne postrzeganie sytuacji rynkowej. Mentalne księgowanie powoduje sumowanie strat, co często może być zwodnicze. Zarówno w przypadku ich deprecjonowania jak i popadania w skrajny pesymizm. Co więcej, według Thalera, straty odczuwamy psychicznie znacznie intensywniej niż zyski. Zarabiając na inwestycji 1.000 zł, a następnie je tracąc nie powracamy mentalnie do stanu wyjścia (mimo iż finansowo tak jest), tylko odczuwamy ból po stracie. Inwestor, który stracił na jednej inwestycji w przyszłości widząc wzrost kursu swojego waloru, zamiast cierpliwie prowadzić nadal pozycję i ograniczać ryzyko (podniesienie zlecenia obronnego, realizacja części zysków), będzie zamykał całą pozycję ciesząc się z małego zysku. Najczęściej oczywiście kurs rośnie nadal i widząc to mentalnie inwestor znów odczuwa dyskomfort. Mimo udanej transakcji, czuje się przegrany, bo mógł przecież zarobić znacznie więcej.

5 najdroższych błędów giełdowego inwestora. Sprawdź, czy ich nie popełniasz >>> KLIKNIJ

Wirtualne zyski najczęściej też ludzka psychika księguje już jako pewne, uznajemy, że są nasze, ba, nawet niektórzy planują, na co je wydadzą! Okazuje się, że zarówno duże straty jak i zyski po przekroczeniu pewnych wartości znacznie mniej wpływają na psychikę niż we wczesnym stadium. Bardzo często taki mechanizm jest widoczny u osób, które straciły bardzo dużo na konkretnym walorze. Pojawia się myślenie „kiedyś odbije”, „sprzedam, gdy wyjdę na zero” i tym podobne destruktywne w długim terminie zachowania. Najczęściej oczywiście kurs nie odbija, a w skrajnych wypadkach taka osoba pozostaje z np. akcjami, których już nie można sprzedać (bo np. zawieszono nimi obrót), bądź też strata jest tak duża, że nierealnym jest, aby odbicie wiele zmieniło. Wpływ na takie postrzeganie ma też fakt, iż dyskomfort nawet przy małych stratach jest znacznie większy niż powinien z logicznego punktu widzenia. Gdy kwotowo i procentowo strata jest mała i można ją opanować, trudno się przyznać do błędu, a to właśnie wtedy sytuacja jest najłatwiejsza jeszcze do opanowania.

Uśrednianie w dół

Psychika płata figle również łącząc straty z zyskami. Okazuje się, że inwestor odczuwa większą satysfakcję z poniesienia większej straty i mniejszego zysku niż z jednej łącznej straty, będącej różnicą między większą stratą i mniejszym zyskiem. Prawdopodobnie w tym mechanizmie zasadza się popularne wśród wielu osób na rynku giełdowym „uśrednianie w dół”. Kupując kolejne sztuki spadającego waloru nie tylko liczą na odbicie i wyjście „na zero” po nowej niższej średniej cenie, ale gdy odbicie faktycznie przychodzi odczuwają ulgę z zysku na nowej niżej kupionej pozycji (pomimo sumarycznie zazwyczaj nadal ponoszonej straty). Takie działanie, tj. uśrednianie w dół, nazywane też działaniem rynkowych amatorów na rynkach trendowych pokroju akcji, indeksów czy surowców najczęściej kończy się bardzo źle, bo tylko zwiększaniem kwotowo strat w walce z przeciwnym trendem. Jest to również działanie pozbawione logiki, gdyż bazując na negatywnym doświadczeniu (stracie), należałoby wystrzegać się takiego waloru, a nie inwestować w niego kolejne środki.

Tabela poziomu straty względem potrzebnego zysku do jej odrobienia. Źródło: Opracowanie własne

Uśrednianie w dół w połączeniu ze „znieczuleniem”, jakie powoduje wysoki poziom straty opisany wcześniej, potrafi być zabójczą mieszanką dla portfela. Klasycznym przykładem jest strategia uśredniania w bessie. Zakładając, że trafienie w dołek jest bardzo trudne, takie działanie wydaje się prawidłowe, szczególnie na indeksie, który nie może zbankrutować. Niestety, jeśli trend będzie wystarczająco mocny jak np. ten w czasie bessy w latach 2007-2009, potencjalny inwestor odrobienia zysków może zwyczajnie nie doczekać, bo wcześniej zabraknie mu kapitału. Uśredniając w dół, jeśli cena waloru dalej spada, strata powiększa się znacznie szybciej, proporcjonalnie do powiększonej pozycji. A odrobić jest znacznie trudniej. Dobrze obrazuje tą matematyczną zależność poniższa tabela.

Przykład z rynku japońskiego. Bessa rozpoczęta na początku lat 90-tych swój dołek znalazła dopiero w 2003 roku, który jeszcze raz był pogłębiany w 2009 roku. Źródło: Oprac. własne

Przykład z rynku japońskiego. Bessa rozpoczęta na początku lat 90-tych swój dołek znalazła dopiero w 2003 roku, który jeszcze raz był pogłębiony w 2009 roku. Z tego powodu też wszelkiego rodzaju systemy oparte na martyngale (strategia polegająca na podwajaniu stawki po każdej przegranej, tak że pierwsza wygrana pokrywa wszystkie straty i daje wygraną równą pierwotnej stawce), które są bliskie właśnie uśrednianiu w dół, najczęściej prowadzą do dotkliwych strat, mimo potencjalnie prawidłowych założeń w teorii.

Wirtualne pieniądze, wirtualna nauka

Wielokrotnie powtarzaną sentencją dla niedoświadczonych inwestorów jest „nauka na demo”, czyli demonstracyjnym rachunku inwestycyjnym. O ile rzeczywiście dzięki testowi platformy inwestycyjnej, przy użyciu wirtualnych pieniędzy, możemy nauczyć się jej obsługi i generalnego działania rynku, to na dłuższą metę taka nauka może mieć destrukcyjne skutki. W przeciwieństwie do realnego rynku, na platformach demo najczęściej nie występują tzw. poślizgi cenowe (ang. slippage). Z reguły też do wirtualnych pieniędzy podchodzi się znacznie mniej poważnie, co w przyszłości może zaowocować wyrobieniem błędnych nawyków, takich jak np. wspomniane uśrednianie w dół. Również testowanie strategii na wirtualnym rynku np. tylko w cenach zamknięcia, z pominięciem realnych wolumenów i spreadów ofertowych (które znacznie mogą obniżyć rentowność pozycji), czy też bez rynkowych prowizji pośredników to droga donikąd. Tak przeprowadzone back-testy, czy też symulacja mogą prowadzić do kompletnie mylnych wniosków odnośnie stosowanej strategii.

Wbrew pozorom wpływ nawet niskich kosztów transakcyjnych może mieć kolosalne znaczenie w długim terminie. Jak czytamy w liście do akcjonariuszy Berkshire Hathaway z 2019 roku, inwestycja w pasywny fundusz indeksowy oparty o S&P500 dałaby w ciągu 77 lat stopę zwrotu na poziomie 5.288 proc. Jednak uwzględnienie corocznej 1-proc. prowizji w tak długim terminie miałoby ogromne znaczenie dla końcowego wyniku.

– Gdyby pieniądze były zarządzane przez instytucję, która płaciłaby tylko 1 proc. aktywów rocznie różnym „pomocnikom”, takim jak menedżerowie inwestycyjni i konsultanci, jej zysk zostałby zredukowany o połowę – precyzuje Warren Buffett, amerykański inwestor giełdowy powszechnie uważany za jednego z najlepszych na świecie.

Spadek zysku o połowę, tylko z tytułu prowizji doskonale obrazuje, jak dalekie mogą być wirtualne wyniki inwestycyjne od tych osiągniętych na prawdziwym rynku przy użyciu realnych pieniędzy.

Prowadź dziennik transakcyjny i go analizuj!

Oczywiście podstawową kwestią, aby nie popełniać wyżej wymienionych błędów, jest świadomość ich istnienia. Samo wystrzeganie się mentalnego księgowania, czy też korzystania z nie działających teorii to często zbyt mało. Najlepszym rozwiązaniem dla inwestora, który chce uniknąć wspomnianych błędów jest skrupulatne prowadzenie własnego dziennika inwestycyjnego. Zapis każdej dokonanej transakcji kupna i sprzedaży, razem z towarzyszącymi odczuciami (czy też analizą waloru) w momencie kupna jak i później sprzedaży, po czasie mogą być doskonałą lekcją rynku. Samo zapisywanie dokonywanych ruchów za pomocą arkusza kalkulacyjnego czy też wyspecjalizowanych do tego celu aplikacji, to jednak za mało. Kluczową kwestią jest regularna analiza swoich poczynań na rynku. Dobrym okresem na analizę wyników inwestycyjnych jak i własnej strategii jest pełny rok kalendarzowy. Stosując jednak określone pomysły, warto co kwartał, czy też półrocze sprawdzać, czy przypadkiem nie łamiemy założeń obmyślonego wcześniej planu. Dobra analiza dziennika transakcyjnego oprócz odkrycia nagiej prawdy o naszych inwestycjach (które często okazują się trochę inne niż „zaksięgowaliśmy” je mentalnie), może pomóc w identyfikacji potencjalnych problemów w stosowanej strategii inwestycyjnej. Analiza taka powinna zawierać uszeregowane wedle stóp zwrotu transakcje, ze szczególnym zwróceniem uwagi na te najlepsze jak i najgorsze. W ten sposób łatwo jest znaleźć przyczyny takiego, a nie innego wyniku inwestycyjnego na koniec roku.

Warto również zwrócić uwagę na stosunek zyskownych pozycji do stratnych (zarówno ilościowy, czyli potocznie skuteczność, jak i jakościowy, czyli czy nasze zyski średnio są wyższe od średnich strat). Analiza długości trzymania pozycji może też ujawnić np. overtrading (czyli zbyt częste transakcje) jak i zgubny wpływ prowizji na nasze zyski. Na koniec istotnym czynnikiem (szczególnie dla inwestorów o słabszych nerwach) jest maksymalne obsunięcie kapitału (ang. drawdown). Jeśli jest ono wysokie (co może wynikać ze zmienności walorów w portfelu jak i samej strategii), warto się zastanowić nad modyfikacjami założeń strategii. Podsumowując, wysiłek włożony w stworzenie dziennika transakcji, a następnie jego analizę np. pod koniec roku w długim terminie potrafi sowicie odpłacić, gdyż możemy zidentyfikować popełnione błędy. Co więcej, taka analiza pozwala również na zrozumienie strategii, którą się posługujemy i tym jak zachowuje się ona w konkretnych warunkach rynkowych. Jest to więc wiedza, do której dochodzimy sami, a często bywa znacznie bardziej przydatna niż ta wykładana na niejednym drogim szkoleniu.

Wojciech Kręcki,

analityk techniczny StockWatch.pl,

prowadzący Portfel Cztery Fazy Rynku

 

Bibliografia:

Falkowski A., Tyszka T. (2006) Psychologia zachowań konsumenckich.

Gdańsk: GWP Zaleśkiewicz T. (2011) Psychologia ekonomiczna. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Tyszka, T. (2001). Księgowanie mentalne. Wiedza i Życie

Buffett. W. (2019) List do akcjonariuszy Berkshire Hathaway